14 grudnia 2017

ZERO WASTE LILIANA*



Co to jest zero waste lifestyle?

Tytułem wstępu jeśli jeszcze jest ktoś kto nie wie, krótko wyjaśnię: zero waste (po polsku zero marnowania) to najogólniej mówiąc bardzo na czasie styl życia, w którym ogranicza się produkcję śmieci (czyli odpadów nienadających się do domowego recyklingu) do minimum. Zaczęło się chyba od Bei Johnson, która w 2006 roku postanowiła rozpocząć razem ze swoją rodziną życie bez śmieci. Potem ten pomysł przerodził się zupełnie przypadkowo w intratny biznes i rozpełzł się po całym świecie. Pomysł świetnie wpasował się w modę na minimalizm. A może jednak nie do końca?

Kto żyje perfekcyjnie zero waste?

No jak to kto? No każdy kot wrzuca na Instaram hasztag zerowaste. A tak serio (bo to przecież wpis na serio) - podejrzewam, że nawet ludzie, który posiadają bardzo mało i bez przerwy borykają się z brakiem pieniędzy i tak pozbywają się niepotrzebnych, zniszczonych rzeczy=generują więcej niż słoik odpadków rocznie na 4 osobową rodzinę. Chyba, że mówimy o kimś, kogo stać na prowadzenie właśnie takiego życia. Celowo użyłam słowa stać, bo komuś kto poświęci większość cały swój czas na zmniejszanie do minimum produkcji śmieci m.in. wybierając z odpadów te organiczne na kompost i wyda spore pieniądze na sprzęty pozwalające m.in. filtrować deszczówkę na wodę zdatną do picia (odpada problem plastikowych butelek po wodzie) nie wystarczy już czasu na 10 godzinną pracę zarobkową.  
Co więcej, uważam, że nie ma to większego sensu. Tak jak w przypadku podobnych nurtów, cała filozofia sprowadza się do tego, żeby uświadomić ludziom jak bardzo potrzebują różnych sprzętów - oczywiście z milion monet, które są niezbędne do dbania o środowisko i bycia zero waste. W takich sytuacjach pojawiają się takie wspaniałe innowacyjne wynalazki jak np. ściereczka do mycia twarzy wodą (klik) oraz rewolucyjne odkrycie, że odpady organiczne można kompostować i przerabiać na nawóz (klik). Serio, nie wiedzieliśmy wcześniej o tym, że tak można? A może po prostu dopóki nie było to modne to nikt nie lubił i nie chwalił się grzebaniem w śmierdzących odpadach?
Idę z mainstreamem, choć nie chcę

Przyznam, przemknął mi kiedyś przez myśl np. pomysł na pocięcie plastikowych reklamówek, zrobienie z nich włóczki i stworzenie z niej niepotrzebnych w domu koszyków na cokolwiek, tylko po to żeby pozbyć się wyrzutów sumienia. Czas poświęcony na krojenie plastiku byłby jakby zadośćuczynieniem za notoryczne zapominanie o torbie z taniny na zakupy. Ktoś kto mnie lepiej zna (albo pamięta ten wpis na fb) zrozumie, że naprawdę pęka mi serce, kiedy przy kasie przypominam sobie, że torba została przy drzwiach na wieszaku a ja muszę uszczuplić moje konto w banku o kolejne 8 groszy na kawałek śmiecia, który rozłoży się za milion lat. Tak, uważam, że to świetna kara dla każdego kto kupuje jednorazowe reklamówki - sio do kącika kroić i dziergać, aż zrozumiecie, że kupowanie tego badziewia nie ma sensu. Najchętniej zrobiłabym takie stanowisko najlepiej zaraz obok kas w marketach - taki karny reklamówkowy jerzyk.


Lubię kupować

Lubię kupować. Mieć nowe rzeczy. Kupić kolejny wcale niepotrzebny wełniany sweter. Kolejny niepotrzebny kubek, który i tak prędzej czy później nie przeżyje spotkania z nowymi płytkami na podłodze w kuchni i nie do końca ogarniającymi czucie w dłoniach nadgarstkami. Tak sobie rozkminiam, przez długie godziny w pracy, że przecież ja ratuję te ubrania z second handu, te kubeczki, te wszystkie nowe używane rzeczy od zmarnowania - co one by zrobiły beze mnie skoro nikt inny nie zobaczył w nich potencjału? No zmarnowałyby się na wysypisku albo poszły na przemiał. Ratuję od zmarnowanie też okazje cenowe - no powiedzcie sami, nie można przecież zmarnować takiej okazji jak kaszmirowy sweter za 2 złote, czyż nie? Tu trzeba godność człowieka ratować, że tego swetra nie zauważył wcześniej. 
Ale o czym to ja . . . aha, wracając do kubków. A potem oprócz tłuczenia - lubię wyrzucać. Co jakiś czas pozbywać się niepotrzebnych rzeczy zaśmiecających mój dom. Ubrań, w których nie chodzę. Nie lubię tracić czasu na robienie im zdjęć, mierzenie i wystawianie ich na aukcje. Wolę zrobić paczkę z przypiętą kartką i położyć koło śmietnika w dniu kiedy nie pada. Czasem nawet czuję się winna, że to robię i nie pomaga myśl, że przecież wszystko było kupione w second handzie za grosze. Bo przecież zewsząd słyszę

Nie wyrzucaj, miej umiar

Nie wyrzucaj - przerabiaj. To coś jak przerobiona wersja nie kupuj - adoptuj. O ile w w tym drugim sloganie można znaleźć nawet w odpowiednich okolicznościach trochę racji, w ten pierwszy często wątpię.
Nie wiem czy trafiam ciągle na złe strony w sieci, albo jakoś źle to robię grzebiąc po Instagramie, że widzę w kółko powtarzane jak mantra #niewyrzucaj, #przerabiaj, #niekupuj, #miejumiar.
Zaraz potem na tych samych profilach nie wiedzieć dlaczego oglądam nowe roślinki, odpakowywanie kolejnej w tym tygodniu paczki-prezentu od znanych marek, pokazywanie nowych filiżanek i lampek w pokoju. I w gruncie rzeczy nawet to rozumiem, bo (patrz wyżej).

Co ma do tego szycie?

O tym następnym razem. Obiecuję, że nie za 3 miesiące.

Czy minimalizm kłóci się z zero waste?

Właśnie w związku z powyższym uważam, że minimalizm stoi w opozycji do zero waste
Czasem naprawdę mam ochotę wyrzucić te wszystkie stare szmaty, graty i inne niepotrzebne badziewia kolekcjonowane przez lata i zacząć od początku z lżejszym mieszkaniem i głową. Problem w tym, że nie wolno, że nie można, że trzeba sprzedać, oddać potrzebującym, o zgrozo przerobić albo naprawić. Problem w tym, że brakuje na to czasu i przede wszystkim ochoty. Rozumiem, że czasem warto naprawić coś zamiast wyrzucić, ale żeby obsesyjnie reperować wszystko tylko po to żeby móc powiedzieć, że się nic nie wyrzuca? Tak jakby czas poświęcony na te niezbędne naprawy niepotrzebnych rzeczy nic nie był wart. 


Koniec końców wydziergałam koszyk z pociętych reklamówek. Teraz za każdym razem kiedy wydam te 8 groszy na nie potrzebną plastikową reklamówkę, myślę sobie, że przecież przyda się na koszyk! Nie zmarnuje się! Z koszykiem co prawda nie mam pojęcia co zrobić, ale może będzie na . . . plastikowe reklamówki?



* dla tych co nie znaju, tytuł posta nawiązuje do znanego przerabiacza ciuchowych śmieci - zero waste daniel